18 kwietnia 2017

#90 - "Ghost in the Shell"

Cześć! Dzisiaj recenzja filmu, na który wybrałem się dość spontanicznie, pomimo licznych negatywnych opinii, jakie słyszałem - "Ghost in the Shell". Wiem, że film został oparty na mandze/anime pod tym samym tytułem (podobno nawet kultowej), ale jakoś nigdy wcześniej o niej nie słyszałem. Nawet pomijając fakt, że w gimnazjum lubiłem czytać mangi i oglądać anime (tak, miałem na to wielką fazę).

Za kamerą stanął Rupert Sanders, który w swoim dorobku z tych bardziej znanych filmów ma np. "Królewnę Śnieżkę i Łowcę" z 2012. W rolach głównych wystąpili Scarlett Johansson (Major), Pilou Asbaek (Batou), Takeshi Kitano (Aramaki), Juliette Binoche (Dr Oulet), czy Michael Pitt (Kuze). 

Fabuła jakoś niespecjalnie mnie wciągnęła - mamy tutaj bardzo typową wizję przyszłości, w której ludzie i maszyny są sobie równi, wręcz udoskonalają siebie pod każdym względem. Potężna firma, Hanka (w ogóle tutaj już miałem uśmiech na twarzy, bo skojarzyło się z pewnym polskim serialem) prowadzi eksperymenty nad robotami i także ludźmi. I tak pewnego dnia powstaje Major - maszyna, której zostaje wszczepiony ludzki mózg. Niepojęte jak na nasze czasy, ale w końcu to wizja przyszłości, prawda?

Pomijam fakt, że niektóre sceny były zrobione tak, że po prostu widać było, że są komputerowe (prawie jak z jakiejś gry video) - w takich filmach raczej starają się zrobić tak, żeby było jak najbardziej realnie. Tutaj moim zdaniem to nie wypaliło. To zaskakujące, bo budżet był mega wysoki - 110 milionów dolarów. Jedyne, co moim zdaniem ratuje ten film, to obecność w obsadzie Scarlett Johansson i Juliette Binoche. Postać odgrywana przez tą drugą była moją ulubioną, zdobyła moją sympatię.

To jest niejako amerykański remake, więc to się nie mogło skończyć dobrze - zazwyczaj jak oni się biorą za kręcenie nowej wersji, to nie wychodzi to dobrze. No bo co może być lepsze od oryginału? Czytając różne opinie wiem, że historia została bardzo spłycona w tej produkcji. Wiadomo, że nie można wszystkiego przenieść na ekran. Może i lepiej, że nie słyszałem o niej wcześniej, bo pewnie byłbym mega wkurzony :D

Jest to drugi z kolei film, któremu wystawiam ocenę 3/6. Bo rzeczywiście był bardzo przeciętny i nie mogę go z czystym sumieniem polecić. Ale myślę, że jeśli lubicie historię science-fiction i nie widzieliście oryginału, to możecie się wybrać. A może już go wiedzieliście? Piszcie w komentarzach. Tymczasem do następnego razu!

14 kwietnia 2017

#89 - "Amok"

Cześć! Dawno mnie nie było, ale wiecie, matura i te sprawy. Jakoś próbuję się ogarnąć, żeby przyzwoicie ją zdać. A dzisiaj przychodzę z recenzją filmu, na który jakiś czas temu wybrałem się do kina. 

Podobno zbrodnia doskonała nie istnieje. A jednak, głównemu bohaterowi filmu "Amok" prawie udaje się ją popełnić. Dlaczego prawie? Bo gubi go własna pycha, chęć zdobycia sławy. Krystian Bala napisał książkę, w której opisał morderstwo. Niestety, bardzo słabo się sprzedawała i postanowił "podbić" jej popularność, dzwoniąc na policję i wiążąc książkę z morderstwem, które popełniono kilka lat wcześniej. Jak się później okazuje, po wznowieniu śledztwa policjanci dochodzą do wniosku, że to właśnie Bala popełnił zbrodnię i opisał ją w książce. Dreszczyku dodaje filmowi fakt, że wydarzenia w nim opowiedziane rozegrały się naprawdę.

Produkcję wyreżyserowała Kasia Adamik (córka Agnieszki Holland), a w głównych rolach wystąpili Mateusz Kościuszkiewicz, Łukasz Simlat, Zofia Wichłacz, Mirosław Haniszewski, Zbigniew Stryj, czy Jan Peszek. Na chwilę na ekranie pojawia się nawet Izabela Kuna.

Szczerze muszę przyznać, że film jakoś za bardzo mnie nie porwał. Owszem, było kilka momentów zapierających dech w piersiach, ale w gruncie rzeczy, zwłaszcza przy końcu, wynudził mnie i był bardzo przewidywalny - bo o tej całej historii słyszałem już kilka lat wcześniej i trochę poczytałem. Spodziewałem się, że film będzie trochę bardziej porywający.

Sama historia w ogóle wydaje się nieprawdopodobna jak na polskie realia. Pisarz wydaje książkę, w której opisuje morderstwo. Nic nadzwyczajnego, przecież tyle mamy kryminałów na rynku. Ale postanawia zdobyć sławę i rzuca na siebie podejrzenia odnośnie morderstwa, które wydarzyło się naprawdę. W konsekwencji, w trakcie drobiazgowego śledztwa wyszło na jaw, że to właśnie Bala był winny. W procesie poszlakowym został skazany na 25 lat pozbawienia wolności. Kto wie, czy jeśli może jeśli chęć sławy nie byłaby taka silna to nie siedziałby teraz w więzieniu?

W filmie postać Bali została pokazana jako raczej niestabilna psychicznie. Prawdopodobnie było tak i w rzeczywistości, aż tak nie zagłębiałem się w temat. Nie zmienia to faktu, że moim zdaniem role zagrane były przeciętnie. Może po prostu mam jakiś uraz do polskich filmów? Nie wiem. Jakoś nie bardzo przypadają mi one do gustu. Przyznaję tej produkcji ocenę 3/6. A jaka jest wasza opinia? Podzielcie się w komentarzach.

PS. Mam wrażenie, że wyszedłem z wprawy w pisaniu recenzji :/

18 marca 2017

#88 - "Stranger Things" - sezon 1

Miałem napisać tą recenzję w zeszłym tygodniu, ale jak zwykle coś mnie od tego powstrzymało. Ale już przechodzę do sedna. Dzisiaj o fenomenalnym serialu Netflixa, "Stranger Things". Fabuła serialu osadzona jest w mieście Hawkins w latach 80 XX wieku i kręci się właściwie koło zniknięcia małego chłopca, Will'a Byers'a oraz eksperymentów przeprowadzanych w pobliskim laboratorium rządowym. Produkcja łączy w sobie elementy horroru, thrillera i science-fictio, składa się z 8 odcinków po około 50 minut (w takim razie chyba wyobrażacie sobie w jak szybkim tempie ją pochłonąłem).

W rolach głównych występują tutaj dzieci - Millie Bobby Brown (Eleven - Jedenastka), Finn Wolfhard (Mike Wheeler), Gaten Matarazzo (Dustin Henderson), Celeb McLaughlin (Lucas Sinclair), czy Noah Schnapp (Will Byers). Oprócz tego w obsadzie pojawiają się również Winona Ryder (Joyce Byers), David Harbour (Jim Hopper), Natalia Dyer (Nancy Wheeler), Charlie Heaton (Jonathan Byers), czy Joe Keery (Steve Harrington). No i nie mogę zapomnieć o Shannon Purser (Barb Holland) - #JusticeForBarb!

Tak jak wspomniałem na początku, fabuła opiera się głównie na zniknięciu małego Will's, syna Joyce Byers. Nie do końca wiemy co się z nim stało, ale na pewno było to coś dziwnego. Całe miasto angażuje się w jego poszukiwania, matka odchodzi od zmysłów, a w międzyczasie pojawia się też Jedenastka która była obiektem eksperymentów w pobliskim laboratorium. Nie chcę zdradzić za dużo, bo nie będziecie mieli frajdy z oglądania - po prostu powiem tyle, że fabuła angażuje na tyle, że nie będziecie w stanie przerwać oglądania, czy skończyć powiedzmy na drugim odcinku. Akcja rozwija się dość stopniowo i systematycznie, co jest tutaj dużym plusem.

Mogę w tym serialu chwalić naprawdę wszystko - gra aktorska jest tutaj na najwyższym poziomie, chociaż w produkcji wystąpili raczej mało znani/początkujący aktorzy, oprócz Winony oczywiście. Szczegóły są bardzo dopracowane jeśli chodzi o stroje, wystrój wnętrz, czy muzykę z tamtych lat, nie ma jakichś większych wpadek (przynajmniej ja nie zauważyłem). No i ścieżka dźwiękowa napisana na jego potrzeby jest po prostu dziełem sztuki - nie mogę tego nazwać inaczej. Miejscami przyprawia o ciarki na plecach i buduje takie niepokojące napięcie, idealnie dopasowane do serialu. Tutaj macie też piosenki, które zostały wykorzystane we wszystkich odcinkach.

Wydawać by się mogło, że kariera aktorska Winony Ryder w ostatnich latach przygasła, przebrzmiała, już najlepsze ma za sobą. Ja na przykład kocham ją już od "Soku z żuka" (słyszę że niedługo wyjdzie druga część, oby zrobili to dobrze, bo będę bardzo zawiedziony) i "Edwarda Nożycorękiego". Uwielbiam ją za grę aktorską, ale też za to, że nie jest taką typową celebrytką. Nie robi sensacji, po prostu dobrze gra. A to jest w obecnych czasach gatunek na wymarciu. Rolą w "Stranger Things" po raz kolejny pokazała kunszt aktorski - bardzo autentycznie zagrała zrozpaczoną matkę, która nie poddaje się i wierzy w powrót swojego syna.

Premiera drugiego sezonu zaplanowana jest na 31 października 2017 roku. Rozumiecie? 31 października! To jest więcej niż rok od premiery pierwszego (lipiec 2016). Tyle czekania. Prawdopodobnie będę już wtedy na studiach (no bo nic nie jest pewne, jeśli idzie o zdanie matury itp.). Postrzegam to jako jedyny minus seriali, że trzeba na nie czekać bardzo długo. Ale niweluje się to na tle tak wielu innych plusów :D

Na koniec wystawiam zdecydowanie ocenę 6/6. Nie jest to serial, obok którego można przejść obojętnie. Jest to moim skromnym zdaniem jedna z najlepszych produkcji Netflixa, a przecież ma z czym konkurować, bo jak wiadomo, produkują najlepsze seriale w ostatnich latach. A jaka jest wasza opinia? Oglądaliście, zamierzacie obejrzeć? Jeśli nie, to bardzo mocno zachęcam!

7 marca 2017

#87 - "Wybacz mi, Leonardzie" Matthew Quick

Hej! Mam trochę poczucie winy, bo przeczytałem tą książkę w połowie lutego i wtedy już powinienem dodać recenzję, ale jakoś nie miałem weny, żeby się za nią wziąć. Czekałem i czekałem, a jako że tak się właśnie złożyło, że w tym tygodniu jestem uziemiony w domu, to postanowiłem wreszcie się za to zabrać. I oto jest - "Wybacz mi, Leonardzie" to druga książka Matthew Quick'a, którą miałem okazję przeczytać. Pierwszą był oczywiście przecudowny "Poradnik pozytywnego myślenia". Po lekturze kolejnej jego książki jestem pewien, że chcę sięgnąć po jeszcze więcej.

Głównym bohaterem książki jest Leonard Peacock, wyalienowany nastolatek, który nie ma zbyt wielu przyjaciół (praktycznie to żadnego prawdziwego), swój czas spędza z sąsiadem-emerytem na oglądaniu starych filmów z Humphreyem Bogartem, a matka która robi karierę w świecie mody prawie w ogóle się nim nie interesuje. Leonard w swoje osiemnaste urodziny postanawia sprawić światu wielką niespodziankę - przygotowuje dla każdego, kto jest mu bliski prezent i postanawia targnąć się na swoje życie, rozliczyć się z przeszłością.

Teraz zastanawiam się, co to napisać na temat moich wrażeń, żeby zbyt dużo nie zdradzić z tego, co się w książce wydarzyło. Może zacznę od tego, że do kupienia książki zachęcił mnie przede wszystkim bardzo intrygujący opis. Drugim czynnikiem był oczywiście autor, który po "Poradniku" stał się jednym z moich ulubionych i teraz utrzymuje to miano, może nawet szybuje w górę w tym małym rankingu.

Długo zwlekałem z rozpoczęciem tej książki, ale kiedy już to zrobiłem, to nie umiałem się od niej oderwać. Chociaż przyznam szczerze, że nie miałem po niej aż takiego "książkowego kaca" jak po "The Perks Of Being Wallflower" (love forever), to książka bardzo przypadła mi do gustu. Akcja wciąga czytelnika już od pierwszej strony, do tego na korzyść działają dość krótkie rozdziały - w trakcie czytania powiedzenie "jeszcze jeden rozdział i idę spać" zamienia się na "jeszcze pół książki i idę spać".

Powieść Quicka zmusza czytelnika do refleksji - porusza bardzo trudne tematy, jak przede wszystkim samobójstwo czy problemy z psychiką. W książce mamy do czynienia z licznymi przemyśleniami Leonarda na temat życia i innych ludzi. Na przykład, raz na jakiś czas chodzi on do metra i obserwuje ludzi wracających w pracy, monotonnych, znudzonych życiem, ale nie robiących nic, żeby to zmienić. Leonard, za radą nauczyciela, pisze także do siebie "listy z przyszłości" - jak sobie ją wyobraża i kogo w niej widzi.

Przede wszystkim zaskoczyło mnie zakończenie, bo szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Ale mimo wszystko książka jest bardzo dobrze napisana. Na koniec moja ocena -  zdecydowanie powieść zasługuje, by przyznać jej 5/6. Mogę was serdecznie zachęcić do tego, żebyście po nią sięgnęli, a ja muszę kupić jakąś książkę Quicka, którą mam na liście. Czy jestem zadowolony z tego, że "Wybacz mi, Leonardzie" to pierwsza książka, która nie jest lekturą szkolną, jaką przeczytałem w tym roku? NIE! Jestem rozczarowany sobą :(
Mam nadzieję, że dzisiejsza notka wam się podobała. W tym tygodniu napiszę jeszcze co najmniej jedną. Pozdrawiam i do następnego razu!

28 lutego 2017

#86 - "Santa Clarita Diet" - sezon 1

Hejka! Po dłuższym czasie wracam z recenzją czegoś, co na pierwszy rzut oka może wydawać się bardzo mało ambitne, ale takie nie jest. Co mnie zachęciło do obejrzenia serialu "Santa Clarita Diet"?  Jedna osoba - Drew Barrymore. Chociaż wiem, że w większości występuje w jakichś komercyjnych komediach romantycznych, ale lubię ją jako aktorkę. Sam serial tematycznie, lekko mówiąc, nie bardzo do mnie pasował, bo gdzie mi tam do zombie? Ale po kolei. Najpierw zapraszam do obejrzenia trailera:


Czarna komedia. Czarna komedia wyprodukowana przez Netflix. Z Drew Barrymore w roli głównej. Jak już pewnie zdążyliście się zorientować, nie jest to typowy serial o zombie, pokroju "The Walking Dead". Produkcja opowiada o parze agentów nieruchomości, których życie zmienia się, kiedy żona - Sheila (Barrymore) zamienia się w zombie, umiera ale pozostaje wśród żywych. Jej rodzina - mąż Joel (Timothy Olyphant) i córka Abby (Liv Hewson), a także syn sąsiadów Eric (Skyler Gisondo) oprócz pomaganiu jej w zdobywaniu pożywienia (czytaj, ludzkiego mięsa) starają się także wyjaśnić zagadkę jej nagłego przemienienia w nieumarłą. 

Serial jest pełen czarnego humoru i dobrze zbudowanych dialogów, jednak mimo wszystko czasami niektóre momenty odrzucają (nie będę wam mówić, żeby nie spoilerować, musicie sami zaryzykować i się przekonać). Niektórym serial, tak jak wspomniałem wcześniej, może wydawać się mało ambity, ale mnie bardzo przypadł do gustu i czekam na drugi sezon. Spodziewałem się raczej jakiegoś niewypału, obawiałem się że Drew pochopnie zgodziła się na zagranie tej roli, ale bardzo dobrze że się zgodziła i te moje czarne scenariusze się nie sprawdziły. Netflixowi serial wyszedł bardzo dobrze.

Producenci chcieli pokazać świat zombie nie tylko w przypadku apokalipsy, czy wirusa opanowującego całą ludzkość, jak to zwykle bywa, ale w sposób humorystyczny. Pokazali, że rację bytu mają nie tylko te krwawe horrory, ale także krwawe komedie. Co trzeba nadmienić, czarne komedie jednak nie nadają się dla wszystkich, trzeba być po prostu ich fanem. I jeszcze, jeśli kogoś nie za bardzo cieszy widok krwi, to nie polecam oglądać, bo jednak jest jej w serialu całkiem sporo. Moja ocena to 5/6, mam tylko nadzieję że drugi sezon nie straci na jakości.

Na końcu chciałbym też wtrącić kilka słów na temat tegorocznych Oscarów, bo chyba nie będę miał innej okazji na razie. Przede wszystkim chodzi mi o takie nagradzanie przereklamowanego "La La Land" - jeszcze raz zaznaczam, że według mnie film był nie taki zły, no ale właśnie nie taki, żeby go nagradzać najważniejszymi nagrodami. W kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa dużo lepiej poradziła sobie Natalie Portman, czy nawet Meryl Streep (która ma już na koncie 3 nagrody), a jednak wygrała Emma Stone. Lubię ją - ale mogłaby go dostać za inną rolę, to nie są jakieś wyżyny. 

Już się zamykam :D Mam nadzieję, że dzisiejszy wpis Wam się podobał. Do zobaczenia następnym razem!

12 lutego 2017

#85 - "Jackie"

Dzisiaj o filmie, na który chciałem iść od razu, jak dowiedziałem się, że wchodzi do kin. "Jackie" to dramat biograficzny opowiadający o życiu Jacqueline "Jackie" Kennedy, a dokładnie o najtrudniejszym momencie jej życia - mianowicie o zamachu na jej męża, prezydenta Johna F. Kennedy'ego w 1963 roku. W filmie ukazane są wydarzenia, które rozgrywały się bezpośrednio po nim - przygotowania do pogrzebu, wyprowadzka z Białego Domu czy wywiad udzielony już po śmierci męża.

Szedłem do kina z bardzo dużymi oczekiwaniami i wiedziałem, że mogę się rozczarować - ale ostatecznie tak się nie stało. Z drugiej strony może nie było fenomenalnie, ale film naprawdę trzyma poziom. Za kamerą stanął Pablo Larrain, w głównych rolach wystąpili natomiast Natalie Portman (Jackie Kennedy), Peter Sarsgaard (Robert "Bobby" Kennedy), Caspar Phillipson (John F. Kennedy), John Hurt (ksiądz), czy Greta Gerwig (Nancy Tuckerman).

W filmie poznajemy Jackie Kennedy z zupełnie innej strony - wszyscy zapamiętali ją jako idealną Pierwszą Damę, ikonę stylu, wierną żonę. W filmie na przykład dowiadujemy się, że paliła papierosy (co dla mnie było zaskoczeniem, choć pewnie to był ogólnie znany fakt) i za zamkniętymi drzwiami była dość zadziorna. Widzimy, jak po zamachu na swojego ukochanego męża Jackie próbuje poskładać swoje życie na nowo, odnaleźć się w roli osoby publicznej. Zajmuje się przygotowaniami do pogrzebu, który ma być wielki, tak aby świat zapamiętał jej męża jako wielkiego człowieka.

I tak się staje, do dzisiaj John F. Kennedy jest uważany za jednego z najlepszych i najbardziej podziwianych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Został pochowany na Narodowym Cmentarzu w Arlington, pojawili się reprezentanci ponad 90 krajów, a za trumną maszerowała jego rodzina.

Bardzo lubię Natalie Portman. Przede wszystkim z "V jak Vendetta", ale też z "Gwiezdnych Wojen" gdzie widziałem ją po raz pierwszy. Portman chciała być tak autentyczna w odgrywanej roli, jak tylko się dało - przeczytała dużo książek biograficznych o Pierwszej Damie, oglądała archiwalne nagrania i słuchała wywiadów. Dzięki temu niemal do perfekcji wypracowała sposób, w jakim chodziła, czy nawet mówiła żona zamordowanego prezydenta. Bardzo ją za to cenię. Ogólnie, to lubię aktorów, którzy sięgają poza scenariusz i naprawdę przygotowują się do roli.

Moim zdaniem to Portman najbardziej zasługuje w tym roku na Oscara w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa. Według mnie to jest w ogóle nieporozumienie, że taki film jak "La La Land" (moją opinię na jego temat znacie doskonale, nie jest zbyt pochlebna) dostaje czternaście nominacji do najważniejszej nagrody filmowej, a "Jackie" - tylko trzy. Naprawdę nie rozumiem, co kieruje Akademią. No ale nie mnie to oceniać.

Wracając - przy dość małym budżecie, jak na taką produkcję, film naprawdę radzi sobie ze scenografią (doskonale odtworzony Biały Dom i jego wnętrza), czy też kostiumami (przygotowane perfekcyjnie, ukłon w stronę ludzi, którzy się tym zajmowali). W filmie odtworzona została np. słynna wycieczka po Białym Domu, w której Jackie zaprosiła do niego reporterów i oprowadzała po jego wnętrzach, opowiadała o historii i zmianach, jakie w nim zaszły, odkąd wprowadziła się tam z rodziną.

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to że kamera praktycznie cały czas była zbliżona na twarz Jackie - wiem, że to film o niej, ale mogli jakoś inaczej to rozegrać, pokazać więcej reakcji otoczenia. Przeczytałem już kilka opinii na temat tego, jak to film strasznie się dłuży, jest nudny i powiem jedno - jeśli ktoś idzie do kina "na sucho", nie znając tej historii, to gratuluję. Trzeba mieć choćby jakieś minimalne pojęcie o tym, co chce się oglądać, wiedząc że to biografia. :) Ludzie narzekają też, że Portman przez większość filmu ma na twarzy grymas i jest smutna - jestem ciekawy, jak zachowywaliby się, jakby na ich oczach zamordowano bliską im osobę. No litości! Aktorka robi tutaj wszystko, co w jej mocy, żeby odtworzyć postać i moim zdaniem radzi sobie bardzo dobrze.

Moja ocena dla filmu, to zdecydowanie 6/6. Polecam wszystkim, którzy interesują się historią rodziny Kennedy'ch, a w szczególności Jackie. W ostatniej recenzji oczywiście zapomniałem, że wprowadziłem nowy, graficzny system oceniania, ale tak to jest, jak ma się dłuższą przerwę od recenzowania. Mam nadzieję, że Wam się podobało - zapraszam do komentowania. Do następnego razu!

7 lutego 2017

#84 - "La La Land"

Jakiś czas temu byłem w kinie na "La La Land". Postanowiłem, że wybiorę się na ten film, bo wszyscy go zachwalają, ma bardzo wysoką ocenę, zdobył kilkanaście nominacji do Oscarów, siedem Złotych Globów. No i przede wszystkim dlatego, że jest to musical. Wszystko zapowiadało się naprawdę znakomicie, jednak czar prysł, kiedy wreszcie go obejrzałem. Dlaczego? Może zacznijmy od początku.

Reżyserem i autorem scenariusza jest Damien Chazelle, który był również twórcą oscarowego "Whiplash" z 2014 roku. W głównych rolach wystąpili Emma Stone (jako Mia) oraz Ryan Gosling (jako Sebastian). Szczerze mówiąc, naprawdę nie wiem, za co ten film skosił tak dużo nominacji do Oscara - może coś jest ze mną nie tak? Emma Stone, choć bardzo ją lubię, konkuruje w kategorii najlepszej aktorki m.in. z Natalie Portman (nominowaną za rolę Jackie Kennedy w filmie "Jackie", na który chcę iść i wiem, że będzie fenomenalny), czy z Meryl Streep ("Boska Florence"). Nie potrafię postawić tych filmów na tym samym poziomie.

Moim zdaniem, to film powinien zostać nominowany tylko w kategorii muzycznej, bo ścieżka dźwiękowa naprawdę go ratuje. Fabuła nie jest jakaś genialna, gra aktorska też nie najwyższych lotów. Powiedziałbym wręcz, że to film przeciętny - fajnie się ogląda, nóżka skacze do piosenek, no ale jednak genialny nie jest. Ale już przy fabule zostając - głównymi bohaterami są początkująca aktorka Mia i podupadający muzyk jazzowy Sebastian. Para, choć początkowo sobie niechętna, po pewnym czasie zakochuje się w sobie (ach te powielane schematy). Jednak po pewnym czasie, wraz z rozwojem obu karier ich drogi powoli się rozchodzą.

Tak jak wspomniałem wyżej, najmocniejszym atutem tego filmu jest muzyka - aktorzy mają nawet ciekawe głosy i dobrze się tego słucha. Piosenki też zostały napisane specjalnie na potrzeby filmu, co jest wielkim plusem. Idąc dalej - twórcy filmu chcieli chyba zachować film w klimatach lat 70-80, bo tak ubrani byli bohaterowie, jednak wszystko odbywało się w czasach obecnych. Taka mieszanka, jakoś to moim zdaniem nie wyszło. Albo jedno, albo drugie - nie można mieć dwóch rzeczy na raz ;)

Tak, wiem że to musical, ale w pewnym momencie już zaczęło mnie denerwować tańczenie do każdej piosenki - w upale w korku na autostradzie, w blasku księżyca, w muzeum, w domu. Było tego naprawdę za dużo. O, jeszcze jedno mi się przypomniało - na plus mogę zaliczyć również scenerię, bo akcja filmu rozgrywa się w słonecznym Hollywood.

Z doniesień medialnych wynika, że do roli Mii rozważano bardzo poważnie Emmę Watson. Powiem tyle - cieszę się, że jednak postanowiła pozostać przy "Pięknej i Bestii" i nie zaangażowała się w "La La Land". Wybrała bardzo dobrze, moim zdaniem idealnie dobrana, choć jej uroda może nie podobać się wszystkim. I nie mogę się doczekać na premierę!

Moja skala ocen 
Scenariusz i fabuła: 3/6
Obsada: 4/6
Gra aktorska: 4/6
Muzyka: 6/6
Ogólna ocena: 4.25
Co mogę jeszcze powiedzieć. Film moim zdaniem jest godny uwagi, ale jednak nie zasługuje na tak wysokie oceny i tym bardziej najważniejsze nagrody przemysłu filmowego. Może po prostu mam inny gust, ale najzwyczajniej w świecie nie rozumiem jego fenomenu. A Wy jakie macie opinie na temat filmu? Zapraszam do komentowania. Pozdrawiam i do następnego razu!